Poród siłami natury - SN - tomografia kawy
Top
Poród siłami natury - SN - tomografia kawy
fade
3425
post-template-default,single,single-post,postid-3425,single-format-standard,eltd-core-1.0,flow-ver-1.3.1,,eltd-smooth-page-transitions,ajax,eltd-blog-installed,page-template-blog-standard,eltd-header-standard,eltd-sticky-header-on-scroll-down-up,eltd-default-mobile-header,eltd-sticky-up-mobile-header,eltd-dropdown-default,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Poród siłami natury – SN

Poród siłami natury – SN

No dobra, czas napisać kilka słów na temat porodu. Jako, że doświadczenie to jest niezapomniane – nawet pisząc ten post niespełna dwa lata po fakcie nie mam problemu z kojarzeniem faktów, nawet w kwestii godzin 🙂 Bardzo zależało mi na porodzie naturalnym, podobnie jak na naturalnym karmieniu i udało się – dumnie zerkałam na karteczkę przypiętą do szpitalnego „łóżeczka” Małej z napisem: poród siłami natury 🙂

Ale od początku…

Jako, że miałam dwa terminy porodu sama nie wiem czy Mała urodziła się tydzień czy jeden dzień po terminie. Pierwszy termin – ten wyznaczony wg reguły Naegelego przypadał na 30 sierpnia, drugi zaś z wczesnego USG na 25 sierpnia (niby jest to najbardziej dokładny termin). Nie wiem, wg mnie i mojej wiedzy na temat momentu poczęcia bardziej prawdopodobny był termin z usg. Co by nie było od kilku dni jeździłam na ktg do szpitala traktując termin z usg jako ten właściwy.

Raz, drugi.. w międzyczasie pojawiły się u mnie plamienia przy niebolesnych acz odczuwalnych skurczach. Same skurcze zwane Braxtonami miałam mniej więcej od połowy ciąży, więc nie robiło to na mnie większego wrażenia. W przeciwieństwie do plamień, które zafundowały mi niemałego stracha! Raz pofatygowałam się nawet na ginekologiczną izbę przyjęć szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Po badaniu usłyszałam, że to plamienie z szyjki, żeby się nie przejmować – nic niebezpiecznego się nie dzieje. No tak, weź się kobieto nie przejmuj. Kiedy kolejny raz pojawiły się plamienia stwierdziłam wystraszona, że psychicznie się wykończę… teraz przy „byle jakich” skurczach mam plamienie to co będzie jak zaczną się te silne właściwe – porodowe! Toż wykrwawię się! Bałam się przede wszystkim o dziecko, bałam się że nie dojadę do Warszawy (40km) – bo tam zamierzałam rodzić… Udało się, 30 sierpnia zostałam przyjęta na patologię ciąży. Ogarnął mnie błogi spokój i radość, że w razie czego jesteśmy bezpieczne!

Patologia ciąży

Na patologię wkroczyłam – a raczej wjechałam na wózku w samo południe 30 sierpnia. Rozgościłam się w sali, gdzie poza mną leżały jeszcze trzy dziewczyny w zdecydowanie mniej zaawansowanej ciąży. W międzyczasie mąż wrócił do domu, pies biedny czekał i czekał. Tralala badanie jedno, badanie drugie, ktg. Oj bolesne te badania… Raz nawet, już wieczorkiem położna tak mnie zbadała, że druga patrząc na to jak się zwijam na fotelu spytała badającej „Ty chcesz, żeby pani tu urodziła zaraz? Który to tydzień?” – na to jej zadowolona koleżanka: „czterdziesty„… i wszystko jasne! Bolało, pani była mało delikatna ale wspominam to z uśmiechem na ustach. Serio, cieszyłam się, że to już blisko i że jestem w szpitalu – zniknęły obawy o to czy zdążę, o krwawienie… o wszystko właściwie. Został tylko strach o dobro dziecka, żeby poród przebiegł tak aby Mała urodziła się cała i zdrowa, no ale ten strach chwilowo przyćmiła radość z zasiedlenia patologii ciąży.

Zostałam też poproszona, o zgłoszenie ewentualnych plamień. Tak też się stało. Była godzina około 20. Siedziałam sobie po turecku na łóżku, nawiązywałam znajomości z dziewczynami z sali, gadałyśmy w najlepsze. Poczułam skurcz (nadal niebolesny) i po chwili zgodnie z zalecenie poszłam do położnych, pokazałam – przetestowały ów plamienie papierkiem – coś na kształt papierka lakmusowego – zabarwił się na zielono… i oznajmiły „wody się sączą!” 🙂 Ależ odleciałam, pełna radość! Serio, ucieszyłam się na całego, bo przecież to znaczy, że już na prawdę bardzo blisko 🙂 Teraz nawet jak to piszę mam łzy w oczach 😉 Fruu na fotel, badanie kolejne z cyklu tych „ała”… Tym razem badała mnie lekarka, zbadała i rzecze „noo.. rodzi pani” 🙂 Moja radość nie znała wtedy granic, myślałam, że z fotela spadnę, co tam że umarłam prawie z bólu podczas badania – zaczęło się!

Poleciałam na salę – rozradowana i wyuśmiechana na całego powiedziałam dziewczynom, co i jak 🙂 Położna zrobiła mi ktg, regularne skurcze obecne 🙂 Czegóż można więcej chcieć!!! Dałam smsowo znać mężowi, co powiedziała mi lekarka, bo mówić nie byłam w stanie – zatykało mnie kiedy tylko myślałam co się dzieje.. Latałam po sali, żeby zmyć oczy, bo przecież nie pójdę rodzić z pomalowanymi oczami 😉 Położne powiedziały mi co zabrać, żeby po nocy nie taszczyć ze sobą wszystkich klamotów, które przywieźliśmy do porodu. Miałam zabrać wodę, telefon z ładowarką i ręcznik. Resztę rano miał donieść z patologii mąż. Oczywiście w ferworze radości zabrałam tylko telefon i ręcznik, o wodzie zapomniałam (na szczęście na dole był dystrybutor)! Kiedy tak latałam po sali nie wiedząc co się dzieje moje współlokatorki powiedziały, że jeszcze nigdy nie widziały, żeby dziewczyna tak się cieszyła słysząc, że rodzi 🙂 Ja się cieszyłam, najbardziej na świecie się wtedy cieszyłam!

Blok porodowy

Jak już wspomniałam wody zabrakło w moich pakunkach, choć na patologii miałam ze 3 butelki 😉 Blok porodowy w szpitalu, w którym rodziłam to z tego co pamiętam trzy sale, dwie dwuosobowe i jedna jednoosobowa. Była godzina 22, punkt. Zostałam zakwaterowana w sali dwuosobowej, byłam sama na całym bloku. Zaczęłam odczuwać skurcze, już takie bolesne. Położna mnie zbadała i oznajmiła, że nie mam rozwarcie na 0,5cm, że to jeszcze potrwa. Dostałam nawodnienie w postaci kroplówki i usłyszałam, że mogę spacerować po korytarzu, że to może przyspieszyć akcję. Poszłam zatem wędrować z moim dożylnym wodopojem. Skurcze stawały się co raz bardziej bolesne, ale pikuś – co to jest, spokojnie nawijałam przez telefon, to mąż, to ciotka i tak mijały godziny. Powoli zaczynałam składać się w pół przy skurczach…

Kolejne badanie – rozwarcie nie postępuje. Pojawiła się znajoma położna, powiedziała, żebym się położyła i przespała, że będę finiszować jutro popołudniu, żebym odpoczęła bo przede mną ciężki dzień. No ok, położę się… Poleżałam może z 10minut – bóle były już na tyle silne, że nie było opcji zmrużenia oka. Dreptałam więc w kółko robiąc skłony przy skurczach – nie żebym fitness uprawiała – ból mnie składał 😉 W łóżku to samo… czas płynął wyjątkowo wolno… Trochę rozmawiałam z położną, trochę gapiłam się w telefon… Nad ranem, a może i już w połowie nocy szukałam ratunku w gorącym prysznicu. Niesamowite to, polewałam brzuch gorącą wodą i przestawałam czuć ból, extra! No extra, ale do czasu – rano prysznic był już o kant d.. rozbić 🙂 Nie działał.

Przyszła godzina 7, zmiana warty na bloku porodowym. Położna zbadała mnie, rozwarcie o ile dobrze pamiętam na 1cm – czyli żadne, myślałam że spadnę z łóżka podczas badania.. nagle chlust! I hasło: „na 2b odeszły wody!„. Ależ ból, przebiła mi pęcherz płodowy, auć! No ale teraz to już było całkiem blisko! Powiedziała, że teraz akcja przyspieszy. Hurraa! Choć już nie byłam taka rozradowana bynajmniej nie zewnętrznie. Zewnętrznie wiłam się z bólu. Nigdy nie sądziłam, że coś może TAK boleć. W życiu, w najśmielszych oczekiwaniach i wyobrażeniach nie byłabym w stanie wyobrazić sobie takiego bólu. Nie, nie mówię o przebiciu pęcherza, mówię o skurczach porodowych. No nic, położna powiedziała mi jeszcze w nocy, że jak będę miała 5-7cm rozwarcia to dostanę znieczulenie z.o. (zewnątrzoponowe). Wstępnie na ankiecie jaką dostałam na bloku zaznaczyłam, że znieczulenia nie chcę, słyszałam, że w tym szpitalu dostaje się to tylko ze wskazań medycznych więc nastawiona byłam na rodzenie bez. Znajoma powiedziała mi jednak, że jak chcę to dostanę, info o wskazaniach medycznych było widać „przeterminowane” bo i do sąsiadki przybyła później ekipa z magicznym cewnikiem. No ok, skoro mogę dostać, to poproszę. Tak więc wijąc się z bólu czekałam na te 5-7cm… jak na boskie zmiłowanie. W międzyczasie, a raczej na samej zmianie warty pojawiły się na bloku dwie rodzące, tak więc było nas trzy z czego ja najbliżej finiszu. Na „mojej” sali pojawiła się współlokatorka 🙂 Jakoś nie było mi raźniej 😉

Męża poinformowałam koło 7, żeby się pomału zbierał to zdąży – bo mieliśmy w planie rodzić razem.

Akcja – poród

Kiedy dotarł mąż siedziałam na piłce pod prysznicem, zgon totalny. Wydobyłam się z łazienki, bo już sensu nie było siedzieć pod tą wodą, działanie zerowe. Co jakiś czas położna badała rozwarcie, które postępowało w tempie żółwim… Załamka, beznadzieja, niech coś więcej zacznie się dziać… Dostałam dolargan w żyłę, podobno przyspiesza rozwieranie szyjki i działa przeciwbólowo. No może działa, na mnie nie zadziałał. Poza tym, że po chwili zawirowało mi w głowie nie odczułam najmniejszego efektu przeciwbólowego. No nic, dam radę! W duchu czekałam tylko na te 5-7cm.. Niech już będzie 5cm, błagam!!!  Moje przemawianie do skurczów to był hit! Na ktg Mt. Everest a ja zwinięta w kulkę, ściskająca kołdrę mówiłam szeptem bądź w myślach „no skończ się już, skończ!” – bywałam i mniej delikatna w moich cichych rozmowach ze skurczami, ale ciii… 🙂

Po jakimś czasie znowu przybywa położna, bada i rzecze „10cm – pełne rozwarcie„. Ale jak to!!! NO MASAKRA!!! Moje myśli to wtedy jedno – „masakra, anestezjolog nie zdąży, nie ma szans!„. Byłam tak skupiona na tym, że mam dotrwać do tych 5cm, że przetrwałam w nieświadomości do pełnego rozwarcia. Czyli najgorsze było za mną. No ale obiecali mi znieczulenie i błagalnym tonem, nie mając najmniejszej świadomości, że może z pół godziny i byłoby po wszystkim, doczekałam się z.o. Gdybym wiedziała to co wiem teraz powiedziałabym, że dziękuję. W ogóle z założenia nie chcę już żadnego znieczulenia do porodu. No ale, to wiem teraz.

Zanim przybył anestezjolog położna zaordynowała „porządne” ktg przed znieczuleniem. O masakra! To było straszne! O jak ja potrzebowałam wstać i pochodzić, to była katorga! Przybyła ekipa, wyjaśnili co i jak. Posłusznie robiłam co mówili, czyli zgłaszałam, że zaczyna się skurcz – nie mogli się wtedy wkłuwać. Skurcze były tak silne i częste, że właściwie mało mieli możliwości dziabnąć, udało się na szczęście za pierwszym razem. Kazali położyć się i leżeć kilka minut na jednym boku, kilka na drugim. O szok! Nagle pyk i nie boli. Normalnie szok! Zupełny brak bólu, skurcze czułam ale bólu zero! Zero bezwzględne! „Tak to można rodzić!” … i trochę odpocząć po tych 14 godzinach. Było południe, zaczęła się druga faza porodu.

Druga faza – patrz: parcie

Pierwsze podejście – parcie na stojąco. Skurcz i kucamy i przemy. Po dwóch razach zrobiło mi się czarno przed oczami. Złapałam się łóżka i powiedziałam, że nie ma opcji. Zaczynałam czuć nadciągające omdlenie. Brrr… To dawaj na łóżko. Niestety znieczulenie osłabiło skurcze, dostałam oksytocynę dożylnie. Położna zostawiała mnie kilka razy ze stażystką bez konkretnych zaleceń (szła do pozostałych rodzących)… co sprawiło, że nie wiedziałam co robić, tzn nie wiedziałam czy przeć na skurczach kiedy jej nie ma, czy nie. Nie było jej, ja się bałam, że stażystka sobie nie poradzi. To było beznadziejne. Nie parłam podczas nieobecności położnej co zdecydowanie spowolniło poród. Skurcze parte są od tego żeby przeć. No ale teraz to wiem, teraz wiem, że robiłabym swoje. W końcu przyszła na dobre i instruowała mnie co i jak.

W międzyczasie kiedy pytałam męża „co tam widać?” wzięła moją rękę i pozwoliła poczuć główkę Małej. Tzn poczułam coś twardego pod ręką 🙂 Była już tak blisko! 🙂

Zaczęłam na całego. To oddychanie, dmuchanie świeczki – komiczne szczerze mówiąc, ale robiłam jak kazali 🙂 W pewnym momencie usłyszałam hasło „dzwońcie po dzieci!” to był sygnał wezwania ekipy neonatologicznej – to był sygnał finiszu! Nagle na sali zrobiło się tłoczno 🙂 Parłam ile fabryka dała, nacięcie ponoć malutkie, nie bolało, poczułam ale bezboleśnie. Hasło „nie przyj teraz, czekaj!” i wiedziałam, że już po wszystkim. Wiedziałam, że tak się mówi kiedy główka dziecka jest już na zewnątrz. No i znowu się poryczałam, tu teraz pisząc ten tekst 😉 Wtedy poczułam ulgę, to już! Po chwili hasło „teraz przyj, delikatnie” i poszło… wyszedł mój aniołek!

Była 13:55. Po niespełna dwóch godzinach parcia doczekałam się! Raz dwa dostałam ją na klatę… byłam wykończona, objęłam ją rękoma ze słowami „no cześć„… tych słów, tego tonu i uczucia nigdy nie zapomnę 🙂 Ulga i to coś… Wyobrażałam sobie, że zaleję się łzami, ale chyba nie miałam siły 😉 Nie mam niestety zdjęcia z tego pierwszego spotkania, mąż dostał do ręki nożyczki i dumnie przeciął pępowinę 🙂 W ogóle nie mam zdjęć ze szpitala, Mała ma, ja jakoś nie, a szkoda! 🙂 Co najlepsze oboje nie pamiętamy czy zaraz po narodzinach zaczęła płakać, nie wiem, zwyczajnie nadzwyczajnie nie wiem! Szok!

Niestety nie było mi dane tulić Małej zbyt długo, zwinęli ją do mierzenia… wg mnie to była porażka. Następnym razem nie oddam! Mała ważyła 4170g i mierzyła 59cm, dostała 10 punktów w skali APGAR. Czegóż więcej chcieć 🙂 Mąż cykał fotki, filmik nawet nagrał…

Faza trzecia – poród łożyska

Mała wróciła w „kubełku”, szkoda, że nie w moje ręce… ale mnie czekała jeszcze trzecia faza porodu – poród łożyska. No i tu się spaprało. Położna jakoś zniecierpliwiona co raz pociągała za pępowinę. Nie wiem jak długo to trwało, ale wydaje mi się, że nie przekroczyłam bezpiecznego progu czasowego na poród łożyska. No nic, pociągała a ja czułam każde pociągnięcie w brzuchu. Nie oddzieliło się jeszcze. W końcu wyszło, rozerwane. Nikomu nie mam niczego za złe, ale wydaje mi się, że warto zostawić pewne sprawy naturze, szczególnie wtedy kiedy jest już bezpiecznie. Pojawiło się silne krwawienie, właściwie krwotok. Poczułam to zresztą. Nagle wszyscy zaczęli latać po sali, nerwowo przerzucać zestawy narzędzi i to hasło „dzwońcie po anestezjologa, szybko!„. Wiedziałam co się dzieje, czułam przecież tą powódź.

Męża z Małą wygnali na korytarz a ja dostałam maskę z tlenem i propofol w żyłę, tyle pamiętam. Nie byłam zupełnie nieświadoma, słyszałam dźwięki, ale jakbym nie była w stanie reagować. Miałam takie fazy przebudzania się z chemicznego snu. Na dobre obudziło mnie szycie nacięcia, znieczulenie podane do, jak to później miałam w wypisie, instrumentalnej kontroli jamy macicy zdecydowanie już nie działało. Przeżyłam, choć wtedy miałam wrażenie że to najstraszniejszy ból jaki czułam. Szycie na żywca. Auć! Hehe nie żebym przed dwoma czy trzema godzinami umierała w bólach rozwierających. Szybko się zapomina ten ból, zostaje świadomość, że to był „Meksyk”.

Jak już oprzytomniałam dostałam Małą w łapki i nie oddałam do dziś 🙂 Dopytałam tylko czy po lekach, które mi zaaplikowano mogę bezpiecznie spróbować przystawić Małą do piersi. Mogłam i tak też się stało. Zassała od razu 🙂 To był nasz wspólny sukces, który zresztą trwa do dziś. Mężowi oznajmiłam, że mogę tak jeszcze raz, także mimo całego dramatyzmu opisu, całego bólu to było coś pięknego. Coś co pragnę przeżyć jeszcze raz! 🙂 Było koło 20tej kiedy mąż pojechał do domu, a ja z Maluszkiem trafiłam na położnictwo. Trochę się zeszło zanim byłam się w stanie stanąć na nogi, początkowo nie mogłam nawet siedzieć. Dziki wir w głowie. Straciłam podobno niespełna litr krwi. I adieu bloku porodowy! 🙂

Największe zaskoczenie po porodzie: „jaki ja mam pojemny pęcherz!” 😉 Ból po nacięciu nie istniał, zaistniał dopiero jakoś drugiego dnia pobytu w domu. Byłam ciekawa ile kg straciłam podczas porodu, ale pielęgniarka na położnictwie odmówiła mi możliwości zważenia się. Bezsensu to dla mnie, no ale… W szpitalu spędziłyśmy dwie doby od chwili narodzin. 2 września pojechałyśmy szczęśliwie do domu. Opiekę tak na bloku porodowym jak i na położnictwie oceniam na bardzo dobrą. Trochę nie do końca to wszystko zgodne z prawami pacjenta, ale wybaczam. Zdecydowanie postaram się dotrzeć tam za drugim razem, który mam nadzieję nastąpi 🙂

Wnioski?

Połowa, jak nie więcej, sukcesu porodu to współpraca z położną. Ja szłam nastawiona na taką współpracę. To był mój pierwszy poród, podeszłam do niego zadaniowo. Pytałam i prosiłam o instrukcje. Mam robić tak, żeby było dobrze. Udało się. Byłam i jestem z siebie dumna. Nie musiałam wiedzieć wszystkiego, nie musiałam wiedzieć czy przeć gdy jej nie ma, czy co robić. Przez całą ciążę do samego końca każda myśl o porodzie przyprawiała mnie o łzy wzruszenia. Nie bałam się, nie bałam się bólu, nie bałam, że coś się mi stanie. Jedyna obawa i ta najważniejsza obawa to dobro dziecka. Nie wyobrażałam sobie też siebie krzyczącej z bólu podczas porodu. Nie wydałam z siebie ani jednego krzyku, wyklinałam na skurcze, w duchu i szeptem ściskając kołdrę. Byłam pewna, że będę ryczeć ale nie z bólu a ze wzruszenia. Nie było tego, zupełnie. Teraz kiedy o tym myślę, dzień po kiedy o tym myślałam – łzy same napływały mi do oczu – wtedy 31 sierpnia byłam skupiona i jakoś chyba emocje odsunęłam na drugi plan. A może to ból i zmęczenie, nie wiem. Było tak jak było, trochę szkoda. Czasu nie cofnę. Skończyło się szczęśliwie i to jest najważniejsze. Poproszę o więcej!

Więc tak, poród siłami natury boli. Nie, nie da się sobie wyobrazić tego bólu. Mimo, że w tym poście nie szczędziłam słów na temat tej nieprzyjemnej strony porodu – jest to na prawdę coś o czym bardzo szybko się zapomina. Można wspominać, opowiadać ale już go nie ma. Ból znika. Zostaje z nami Mały Człowiek, cud. Kocham ten nasz Cud ponad życie!

Dagmara
No Comments

Post a Comment